JADĘ NA KURS – OZNAJMIŁ.

Wchodzi małżonek do domu i od progu oznajmia – muszę jechać na kurs, na trzy dni. Spodziewałam się tego, więc nie jestem wielce zaskoczona słysząc te słowa. Pewnie, jedź. Wiedzieliśmy, że w końcu będziesz musiał. Jest jeszcze jedna sprawa – mówi nieśmiało moja druga połówka – muszę mieć auto. Podnoszę głowę ze zdziwieniem i widzę jego skołowane oczy. A co ze mną? – pytam lekko zaniepokojona. Ja też muszę mieć auto. Wiesz, że potrzebuję, je do pracy? Spokojnie kochanie, wszystko już ustalone. Pożyczymy auto od moich rodziców. Włożymy do niego dziecięce foteliki i będziesz miała wygodnie i przytulnie. Zgadzam się z lekkim przerażeniem. Później jednak myślę sobie, że na pewno będzie dobrze. Przecież to tylko samochód. Mam doświadczenie w jeździe innymi autami, więc i z tym sobie poradzę. W momencie, kiedy moja dłoń styka się z pękiem kluczy nowego wehikułu, zaczyna padać deszcz. Żebyście mnie dobrze zrozumieli, nie taka mała, letnia mżawka. Jak za dotknięciem magicznej różdżki spada z nieba ulewa i będzie trwała przez kolejne trzy dni.  E tam, deszcz mi nie przeszkodzi. Dobra. Dzieci w przedszkolu. Jadę do pracy. Tylko którym kluczem się go otwiera. Przelatują mi myśli przez głowę. Mówili – jeden klucz od drzwi, drugi od stacyjki, trzeci do klapy od bagażnika. Kuźwa, tylko który jest który. Stojąc w strugach deszczu, szukam wkurzona. Znalazłam. Teraz ustawię fotel, lusterka i można ruszać. Ok, nie można podnieść fotela do góry, czyli widzę tylko początek maski samochodowej.  Nic straconego. Jest poduszka. Taki zwykły “jasiek”. Podkładam pod pupę i można powiedzieć, że coś tam widzę. Niewiele, ale zawsze. Teraz lusterka. Dobra, lusterek nie da się ustawić. Po ustawieniu do konkretnej pozycji, po chwili i tak opadają. Spójrzmy na to z innej strony. Podczas jazdy będę widziała wszystko co się dzieje na drzwiach. Na przykład, jak stanę na światłach obejrzę w lusterku, czy rdza dalej nie podchodzi, albo przypomnę sobie kolor drzwi. Nie ma tego złego… Jadę. Deszcz napierdziela, szyby parują. Muszę włączyć nawiew na szybę. Kur… też nie działa. Na ślepo dojeżdżam do pracy. Siadam w fotelu i myślę. Co to będzie jak odbiorę dzieci z przedszkola. Praca wymaga ode mnie, żeby po odbiorze pociech wrócić jak najszybciej do obowiązków zawodowych, więc powrót na piechotę nie wchodzi w rachubę. Ja pierdziele, będzie dym. Do szesnastej czas mija strasznie szybko. Jadę po dzieciaki. Już wiedziałam którym kluczem otworzyć samochód, przestało nawet padać. Słońce wyszło zza  chmur. Super, przynajmniej szyby nie będą parować.  Dżizas czym ten kokpit jest umyty. Jest tak czysty, że jego blask odbija się na szybie, a ja zamiast widzieć drogę, widzę jakby mi się Jezus objawiał. Dzieci odebrane. Zobaczcie, czym będziemy dziś jeździć – mówię z udawanym zachwytem. Ku mojemu zdziwieniu, brat i siostra są zachwyceni. Nawet foteliki mają inne niż zwykle. Wsiadamy – mówię, czując moc, po reakcji dzieci na “nowy” wehikuł. Usiadłam na biało-zielonej poduszce i zadowolona chcę ruszać. Z lekkim niepokojem patrzę w niebo i widzę, że deszcz znowu pokapuje. Wkładam klucz do stacyjki, dumna że udało się za pierwszym razem. Odwracam głowę, szykując się do cofania. A gdzie są dzieci? Nie ma ich w aucie. Słyszę. – Mamo, otwórz drzwi! Nie odjeżdżaj bez nas! Kuźwa, zapomniałam, że to auto nie ma centralnego zamka. Otwieram pstryczek od drzwi z jednej strony. Wysiadam. Deszcz już leje konkretnymi kroplami. Wrzucam do auta przemoczoną Hankę. Biegnę z drugiej strony. Otwieram drzwi pasażera z przodu. Następnie szybkim ruchem otwieram pstryczek od drzwi tylnych. Wrzucam Maksa do środka. Zapinam pasami i wbiegam przemoczona do auta. Mamo!!! – krzyczy syn głośno. Nie chcę takiego fotelika, jest niewygodny. Na to odzywa się córka – moim zdaniem, mój fotelik nie jest bezpieczny. Też nie chcę takiego. Z bezsilności wykrztuszam z siebie krótkie – nie macie wyjścia. Podczas jazdy przecieram gąbeczką przednią szybę, żeby widzieć cokolwiek. Szczęście spotyka mnie kiedy stoję w korku – przestaje padać. Szyby robią, się jaśniejsze i mniej zaparowane.  Otwieram okno szeroko, ponieważ robi się naprawdę gorąco, a wspominać nie muszę, że klimatyzacji nie ma. Gorąco Mamo, otwórz nam okna bo się udusimy. – słyszę z tyłu głowy.  Nie otworzę, bo nie mam przycisków. Trzeba pokręcić korbką, żeby je otworzyć. Przez kolejne 10 minut słyszę jedynie – nie da się, nie damy rady, potem tylko odgłosy płaczących z gorąca dzieci. Nagle. Krzyk radości. Mamo, Maksowi się udało. Otworzył okno….. i pasy w foteliku, o i drzwi też otworzył. On w ogóle może wychodzić teraz z auta, mamo?

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.